Dla zapewnienia łatwości i wygody odbioru przekazywanych informacji serwis ten korzysta z technologii plików cookies. Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają Ci pliki cookies, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystanie z naszej strony bez zmian ustawień plików cookies oznacza, że będą one zapisane przez Twoją przeglądarkę.

Akceptuję

 
Ikonka kontrastu Zresetuj wielkość czcionki Powiększ czcionkę jednokrotnie Powiększ czcionkę dwukrotnie

Przeżyłem rzeź Marymontu

Wacław Gluth-Nowowiejski ps. Wacek:

Przeżyłem rzeź Marymontu

Byłam ciężko ranny. Moje rany pokrywała ropa i strupy. Cuchnąłem straszliwie, zupełnie jak rozkładające się zwłoki. Dzięki temu przeżyłem, bo esesmani myśleli że jestem trupem – wspomina Wacław Gluth-Nowowiejski ps. Wacek. Ten 18-letni wówczas plutonowy podchorąży był ciężko ranny w rzezi Marymontu. W suterenie przetrwał aż do listopada 1944 roku. – Takich jak ja, którzy zostali w stolicy po upadku powstania, było kilkaset osób. Nazywano nas warszawskimi Robinsonami - wspomina „Wacek”.

Wrzesień 1944 roku. Trwają zacięte walki powstańców z Niemcami i ich kolaborantami. Straty polskie są coraz większe. Hitlerowcy mają ogromną przewagę i zero litości. Mordują cywilów bez względu na ich płeć i wiek – w egzekucjach giną kobiety, dzieci, starcy… Niemcy palą dom po domu, wysadzają w powietrze gmachy. – Na Marymoncie były bardzo ciężkie walki – wspomina „Wacek”, wtedy dowódca drużyny 224. plutonu Zgrupowania AK „Żmija”. – Praga była już zajęta przez Wojsko Polskie i Armię Czerwoną. Ktoś nawet mówił, że na własne oczy widział na drugim brzegu czołg z białym polskim orłem i żołnierzy w rogatywkach – dodaje.

Strzelali jak do kaczek

Marymont nie miał wówczas gęstej zabudowy. Najwyższe domy miały dwie, może trzy kondygnacje. Między brukowanymi ulicami ciągnęły się ogrody, łąki i pola. Przez to Niemcy widzieli wszystko jak na dłoni – zwłaszcza, że stacjonowali w AWF (d. Centralny Instytut Wychowania Fizycznego). Snajperzy i operatorzy karabinu maszynowego na wieżycy uczelni strzelali do powstańców jak do kaczek.

Polowanie na Polaków

Hitlerowcy przeczesywali Marymont jak na polowaniu. Żołnierze, samochody a nawet czołgi – dla nich grupka powstańców z kilkoma pistoletami nie byli żadną przewagą. Nieprzyjaciel napierał od strony Podleśnej i Kamedułów (dziś Gwiaździsta). Hitlerowcy mordowali cywilów. Ci, którzy uniknęli śmierci, byli gnani na plac przed CIWF, gdzie po obrabowaniu z zegarków i łańcuszków, zostali wysiedleni z Warszawy. Wiele kobiet padło ofiarami gwałtów. Wielu mężczyzn i chłopców zostało na miejscu rozstrzelanych.

Marymont płonie

Wacław Gluth-Nowowiejski wraz ze swoją drużyną trafili do punktu sanitarnego przy ulicy Rajszewskiej 22. Wszyscy byli ranni. Jednak najgorsze przed nimi – 14 września pod dom podchodzą Niemcy. Esesmani wrzucają do środka granaty, strzelają, podpalają budynek. „Wackowi” i kilku innym cudem udaje się przeżyć. Sanitariuszki i reszta towarzyszy broni nie mieli tego szczęścia… Wieczorem ocaleni „Wacek”, Julian Szczęsny ps. Julian i Tadeusz Święcki ps. Buława postanawiają opuścić Rajszewską. – Wydostajemy się na polanę. Widno jak w dzień. Cały Marymont płonie. Tuż nad płomieniami krążą radzieckie kukuruźniki. Od czasu do czasu coś odrywa się od kadłuba i spada na ziemię – wspomina pan Gluth-Nowowiejski. – Nigdzie śladu człowieka. Iskry jak robaczki świętojańskie wyznaczają drogę. Gulgoczą niemieckie szybkostrzelne działka przeciwlotnicze, świetlne pociski przecinają niebo… -- opowiada. Nagle, tuż przy wycieńczonych i rannych powstańcach spada skrzynka z bronią maszynową. Chłopcy biorą ją i pełni radości idą ulicą Szlachecką, jednak przy skrzyżowaniu z Potocką dostrzega ich niemiecki patrol. Padają strzały. „Buława” i „Julian” giną – Wacław Gluth-Nowowiejski przeżył tylko dlatego, że szedł po drugiej stronie ulicy i Niemcy go nie zobaczyli. Przerażony wskakuje do piwnicy domku przy Szlacheckiej.

Na granicy życia i śmierci

Wycieńczony, ranny, chory, bez jedzenia i wody przetrwał w tej kryjówce sześć tygodni. W halucynacjach widział poległego brata i magazyn napojów. Był na granicy życia i śmierci. Jego stan był tak zły, że w nieleczonych, zaropiałych ranach zalęgły się robaki. W końcu znalazła go kobieta, która 2 listopada przyszła po swój dobytek. 2 listopada – miesiąc po kapitulacji stolicy. Ona go ocaliła i, narażając własne życie, na wózku przetransportowała „Wacka” do Boernerowa, gdzie zajął się nim lekarz…

Cześć Ich pamięci!

Na Rajszewskiej i Szlacheckiej zginęli kpr. pchor. Leszek Drapiński ps. Leszek, pchor. Tadeusz Kuśmierski Jerzy, pchor. Zdzisław Rządkowski ps. Kameleon, strz. pchor. Zbigniew Kucharski ps. Małynicz, kpr. Julian Szczęsny ps. Julian, strz. Julian Kaczor ps. Kozioł, strz. Franciszek Matuszewski ps. Goliat, strz. Andrzej Nazarkiewicz ps. Dziadek, strz. Stefan Jarosiński ps. Paluszek, strz. Jerzy Warachowski ps. Abdank, strz. Tadeusz Święcki ps. Buława, sanit. Wanda Bakiera ps. Zgrzebna, sanit. Danuta Golonko ps. Leśna i sanit. Barbara Siwińska ps. Baśka.

Październik 2020
P W Ś C Pt S N
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31 1

Sytuacja na bielańskich ulicach

Warszawa, Nasze Bielany